Wspierać najlepszych, aby mogli stać się jeszcze lepsi
Aktualności

Podwójne życie naukowca

Podwójne życie naukowca

Katarzyna Zachariasz-Podolak*

Romans naukowca z komercjalizacją może mieć różne oblicza. Czasami to krótkie skoki w bok, jedynie gdy trafi się okazja. Czasami to dłuższe związki. A czasami badacz decyduje się na stałe prowadzić podwójne życie. Oto cztery historie o tym, jak beneficjenci Fundacji na rzecz Nauki Polskiej łączą naukę z biznesem.

/Na zdjęciu obok dr hab. Magdalena Stobińska z zespołem/

Dr hab. Damian Józefiak, prof. UP zdecydowanie należy do tej ostatniej grupy. Jego pierwsze życie toczy się na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, gdzie kieruje Katedrą Żywienia Zwierząt. Drugie to własna firma HiProMine. Choć patrząc z boku, ten biznes może wydawać się primaaprilisowym żartem.  Bo co pomyśl laik, gdy usłyszy, że trzech szanowanych naukowców 1 kwietnia w Robakowie rejestruje ... hodowlę robaków?  

- Po pierwsze, nie robaków, tylko owadów. Robaki to tasiemiec albo glista ludzka. My zajmujemy się owadami - zaznacza dobitnie Józefiak. - Po drugie, nie robimy hodowli, bo jeden czy dwa kilogramy owadów można wyhodować nawet w pudełku. My chcemy opracować kompleksową technologię produkcji owadów jako alternatywnego źródła białka w paszach dla ryb, drobiu i innych gatunków zwierząt - tłumaczy.

Jeszcze parę lat temu pomysł, by karmić zwierzęta owadami, wzbudzał śmiech, nawet w środowisku specjalistów od żywienia zwierząt. Dziś, gdy wciąż rośnie zapotrzebowanie na białko, a jednocześnie częściej słychać głosy o negatywnych skutkach karmienia zwierząt mączką rybną i soją, owadzie białko stało się modnym tematem. Coraz więcej firm chce produkować karmy ze świerszczy, karaczanów i innych "robali". Problem w tym, że nikt nie wie, jak to robić na skalę przemysłową.

Profesor Józefiak wraz z dwójką kolegów: dr. hab. Janem Mazurkiewiczem (specjalistą od żywienia ryb) i dr. Jakubem Urbańskim (biologiem molekularnym)  wymyślili nie tylko, jak hodować owady, ale też jak i na co je przetwarzać.  Do swojego pomysłu przekonali inwestorów, fundusze Giza Polish Ventures i StartVenture@Poland. Za granty z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju udało się założyć firmę. Kolejny grant z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej (2,8 mln zł przyznanych w ramach programu TEAM TECH) pozwolił zbudować zespół badawczy złożony ze specjalistów z całego świata. W 2016 r. w Robakowie stanęła prototypowa instalacja do hodowli owadów i produkcji paszy. 

/Na zdjęciu powyżej: Zespół HiProMine/

Wytwarzanie kilku ton owadów co miesiąc nie jest wcale takie proste. Po pierwsze, trzeba znaleźć odpowiednie gatunki. Takie, które charakteryzują się określonymi wartościami pokarmowymi, rosną szybko, a do tego nie są w stanie  przeżyć na wolności w polskim klimacie. To ostatnie na wypadek gdyby któremuś udało się uciec. Druga sprawa to opracowanie cyklu produkcji. Każdy kilogram paszy dla zwierząt musi być zbilansowany pod względem białka, tłuszczu czy mikroelementów.  To możliwe tylko wtedy, gdy znany jest dokładny skład surowców, z których powstaje pasza. Dlatego nie wystarczy wrzucić larwy do kuwety, sypnąć jedzenia i patrzeć, co z nich wyrośnie. Owady trzeba hodować w odpowiednich warunkach, by na koniec każda larwa miała oczekiwany poziom wartości odżywczych.  Co więcej, zespołowi udało się tak ustawić proces hodowli, żeby nie używać wody. - Tak zbilansowaliśmy pasze dla owadów, że owady nie muszą pić. Dzięki temu przy małej instalacji oszczędzamy nawet kilkadziesiąt tysięcy litrów wody - opowiada Józefiak.

Jest jeszcze kwestia bezpieczeństwa hodowli.  Naukowcy obawiają się nie tyle ucieczek, ile tego, aby nic nie weszło do środka. Dlatego bioreaktor, w którym hodowane są owady, jest odcięty od środowiska zewnętrznego. Powietrze w hali produkcyjnej przechodzi przez system filtrów. System fos wodnych odgradza owady od hali. Jak dotąd firma złożyła 8 wniosków patentowych o ochronę technologii.

Do końca roku w Robakowie ma stanąć nowa większa instalacja, w której zwiększą się  moce produkcyjne zakładu. O zbyt prof. Józefiak się nie martwi. Jest więcej chętnych do testowania ich pasz, niż są w stanie wyprodukować. - Sam dobry pomysł to za mało, żeby udała się komercjalizacja. Trzeba jeszcze dobrze trafić z pomysłem w zapotrzebowanie rynku - mówi.

Geny bez tajemnic

Podwójne życie wiodą też dr hab. Anna Wójcicka i profesor Krystian Jażdżewski. Jako naukowcy pracują na Uniwersytecie Warszawskim i Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Jako przedsiębiorcy prowadzą spółkę Warsaw Genomics.  Weszli w biznes, żeby… móc zajmować się nauką. - Dziś uprawianie nauki często polega na grantopisaniu dla grantopisania. Nie ma stałych etatów, dlatego trzeba starać się o granty, żeby były pieniądze na prowadzenie doświadczeń, na zatrudnienie ludzi. To oczywiście  z jednej strony jest dobre, bo pozwala na kontrolowanie pracy naukowca, ale w polskiej rzeczywistości mało który grant wystarczy, żeby zatrudnić kilka osób i jeszcze wykonać projekt - denerwuje się doc. Wójcicka. - Firma miała być sposobem na to, żebyśmy po pierwsze mogli wykorzystać naszą wiedzę i umiejętności dla dobra polskiego pacjenta, ale także żebyśmy nie musieli walczyć o każdy projekt, tylko robiąc coś sensownego  zarabiali na utrzymanie naszego zespołu. Dzięki firmie o granty staramy się nie co roku, tylko raz na trzy lata, gdy widzimy, że rzeczywiście warto coś zbadać - mówi.

Warsaw Genomics zajmuje się diagnostyką genetyczną przy użyciu tzw. metody sekwencjonowania nowej generacji. W tym momencie oferuje prawie 260 testów, które diagnozują ok. 3 tys. chorób. Wśród klientów firmy są dzieci urodzone z nieokreśloną wadą genetyczną - trzeba ustalić jaką. Są osoby, których najbliżsi walczyli z rakiem, a oni sami chcą sprawdzić, czy grozi im to samo. Są w końcu chorzy na nowotwory, a testy mają podpowiedzieć lekarzom, jaką terapię najlepiej zastosować w ich przypadku.

Jak przyznają założyciele, w firmie nie odkrywają Ameryki. Technologicznie robią właściwie to samo, co robili przez ostatnie lata.  Tyle że wtedy to nazywało się pracą naukową, a wyniki trafiały najpierw do publikacji, a potem do szuflady. Teraz to diagnostyka, a na wyniki czekają konkretni pacjenci. Nie są też jedyni na rynku. Inne firmy w Polsce i na świecie robią to samo i niemal tymi samymi metodami. Za to warszawska spółka odróżnia się od konkurencji niższymi cenami.- Chcieliśmy upowszechniać badania genetyczne, a mamy świadomość, jakie są ograniczenia w Polsce: nie zarabiamy dużo, służba zdrowia jest niedofinansowana. Zatem jedyną możliwością, żeby wykonywać badania na rzecz pacjentów, było robienie ich w cenach, na które stać pacjentów i szpitale - opowiada współwłaścicielka firmy.

/Na zdjęciu obok: Zespół Warsaw Genomics/

Warsaw Genomics używa tego samego sprzętu co konkurencja. Skąd więc niższa cena? Naukowcy sami projektują wszystkie testy. - Od momentu otrzymania próbki krwi wszystko robimy samodzielnie: odczytujemy geny, analizujemy wynik i zapewniamy interpretację medyczną. Nie korzystamy z komercyjnych rozwiązań.  Np. platforma do analizy danych proponowana przez producenta sprzętu kosztuje około 100 tys. dolarów. Nam ten koszt odpadł, bo sami robimy wiele jej etapów. Podobnie jest z szeregiem innych kosztów. Uniknęliśmy ich, bo sami opracowaliśmy algorytmy, sposoby analizy   - mówi doc. Wójcicka.

Doświadczenie w projektowaniu testów przydało się przy opracowaniu sztandarowego produktu Warsaw Genomics, czyli programu "Badamy geny" - przesiewowych badań oceniających ryzyko zachorowania na nowotwory.  - Wiele osób jest obciążonych zwiększonym ryzykiem zachorowania na nowotwór. Jeśli będą o tym wiedzieli, będą mogli coś z tym zrobić. Tylko że muszą wiedzieć, a żeby tak było, muszą się zbadać. Mieliśmy pomysł, jak taniej przeprowadzić testy genetyczne - opowiada doc. Wójcicka. Pierwszy pomysł udało się zweryfikować w laboratorium dzięki grantowi w wysokości prawie 3,5 mln zł z programu FNP TEAM. Dla pacjenta procedura przystąpienia do programu jest prosta. Na stronie internetowej wypełnia on formularz ze swoimi danymi medycznymi i rodzinną historią chorób, a następnie oddaje krew w jednym z punktów pobrań na terenie całego kraju. Po  około 3 miesiącach dostaje wyniki pokazujące ryzyko zachorowania na cały pakiet nowotworów rodzinnych. 

Koszt badania jednej osoby to mniej niż 600 zł. Jest jeden warunek:  musi zebrać się grupa co najmniej 600 chętnych, co zajmuje średnio 10 dni. - Uroda tego programu tkwi w tym, że jest wielkoskalowy. Za 600 zł nie potrafimy zrobić badań dla jednej osoby, ale potrafimy to, jeśli zbierze się grupa 600 osób. Takiej ceny nikt na świecie nie jest w stanie zaproponować  - mówi doc. Wójcicka.  W ciągu roku trwania programu przebadało się 12 tys. osób, a przeszło 45 tys. zarejestrowało w systemie.

Szczepionka na raka

Profesor Jacek Jemielity z Centrum Nowych Technologii UW skoczył w bok. Wprawdzie zdarzyło mu się to tylko raz, ale za to jak! Jego skok w bok media ochrzciły mianem największej komercjalizacji w historii polskiej nauki.  Za kwotę 610 mln dolarów dwóch farmaceutycznych gigantów - Sanofi oraz Genetech - zostało sublicencjobiorcami polskiego wynalazku i wykorzystało go do testowanych obecnie spersonalizowanych szczepionek  antynowotworowych.

Historia tej komercjalizacji zaczęła się w 2006 roku, kiedy warszawski zespół profesora wraz z naukowcami z uniwersytetu stanowego w Luizjanie opracował technologię modyfikacji końca cząsteczki mRNA (tzw. kap 5'). mRNA koduje białko.  Problem w tym, że w komórce jest nietrwałe i szybko ulega degradacji. Naukowcom udało się opracować syntetyczne analogi mRNA, które działały tak samo jak naturalny związek, ale żyły w wybranych komórkach dłużej. -Wtedy jeszcze nie mówiło się o zastosowaniach terapeutycznych mRNA, ale mieliśmy przeczucie, że nasz wynalazek jest ważny, dlatego opatentowaliśmy go w Polsce i USA. Ten patent okazał się bardzo istotny - opowiada prof. Jemielity. 

/Na zdjęciu obok: prof. Jacek Jemielity ze wspólpracownikami/

Zaraz po złożeniu wniosku patentowego warszawscy naukowcy opublikowali wyniki swoich prac. To był kolejny ważny krok, bo po ukazaniu się publikacji zgłosiło się do nich kilka zagranicznych zespołów badawczych z propozycją wspólnych projektów. Ostatecznie UW nawiązało współpracę z prof. Ugur Sahinem z uniwersytetu w Moguncji i (co okazało się później) współwłaścicielem firmy biotechnologicznej BioNTech. Wyszły tak interesujące wyniki, że prof. Sahin  zaproponował kupno licencji do wynalazku i jego komercjalizację. - Nie dość, że mieliśmy bardzo ciekawą współpracę naukową, to jeszcze nasz  partner nauczył nas dużo o komercjalizacji.  Sami nie mieliśmy pojęcia, jak to powinno wyglądać - przyznaje prof. Jemielity.

Partnerzy z Niemiec zdawali sobie na przykład sprawę z tego, jak ważne jest prawne zabezpieczenie wynalazku. Dlatego, gdy pojawiła się konieczność opłacenia dodatkowej ochrony patentowej,  pokryli te koszty,  choć do uzyskania licencji było jeszcze daleko. Z drugiej strony, nie chcieli podpisać umowy licencyjnej, dopóki warszawski zespół nie udowodni, że jest w stanie przejść z produkcji związku z ilości 1 miligrama do 4 gramów. - Zajęło nam to pół roku, ale się udało. Taka ilość gwarantuje, że będzie można wytwarzać związek w większych ilościach, potrzebnych do badań klinicznych, a potem do produkcji terapeutyku - tłumaczy prof. Jemielity.

Nieoceniona okazała się też wiedza i doświadczenie amerykańskich współwłaścicieli patentów. To oni naciskali, aby w umowie licencyjnej zastrzeżono, że właściciele wynalazku mają udział w korzyściach finansowych także na poszczególnych etapach komercjalizacji. Firma długo się przed tym broniła, ale w końcu ustąpiła.

Licencję pomiędzy UW a BioNTech podpisano w 2011 r. Od tego momentu niemiecka firma wzięła na siebie dalsze prace nad wykorzystaniem technologii. Bo technologia wymyślona przez zespół prof. Jemielitego jest tylko i aż częścią większego wynalazku. Niezbędną, ale niewystarczającą, aby wyprodukować lekarstwo na raka. BioNTech zajął się np. ustaleniem, które konkretnie białka ma kodować zmodyfikowane mRNA, przeprowadził pierwszą fazę badań klinicznych i znalazł sublicencjobiorców. Teraz prace nad szczepionką przejęły większe, bardziej doświadczone i dużo bogatsze firmy. Bo opracowanie i  wprowadzenie na rynek nowego leku to koszt rzędu nawet 2 mld dolarów. 

Tymczasem zespół prof. Jemielitego dzięki wartemu 3,5 mln zł grantowi z FNP (w ramach programu TEAM) prowadzi nowy projekt i pracuje nad wytworzeniem  kolejnych analogów kapu.  Tym razem takich, które  mogą hamować białka związane np. z chorobami nowotworowymi. - Najbardziej jestem dumny z tego, że romans z komercjalizacją nie sprawił, że zerwaliśmy z nauką. Wręcz przeciwnie. Nauka to jest to, co ja i moi współpracownicy chcemy robić. A jeśli przy okazji trafi się możliwość komercjalizacji, to chętnie znowu wejdziemy na tą ścieżkę - mówi naukowiec.

Airbus i kwanty

Dr hab. Magdalena Stobińska z Wydziału Fizyki UW  zajmuje się fizyką kwantową. Nie pracuje w firmie ani nie robi badań stosowanych. Interesuje ją eksploracja możliwości fizyki. Ale, jak podkreśla, przy tym wszystkim ważne jest,  aby sprawdzić, czy zjawiska kwantowe można wykorzystać w rozwiązaniach technologicznych, a w przyszłości, we współpracy z inżynierami,  powtórzyć w firmach.

Jej najnowszy projekt dotyczy budowy kwantowo-optycznej zintegrowanej platformy czasowo-częstotliwościowej. Na jego realizację w zeszłym roku otrzymała 1,9 mln zł grantu z FNP w ramach programu FIRST TEAM. - Naszą pracę można porównać do zabawy z klockami. Dzieci mają zestaw klocków i układają z nich różne budowle. Podobnie my stosujemy różne komponenty: detektory, interferometry, źródła pojedynczych fotonów, kryształy i światłowody. Rozwijamy je i tworzymy z nich optyczne odpowiedniki układów scalonych, tzw. kwantowe układy zintegrowane, które pozwolą nam zrealizować ciekawe protokoły technologii kwantowych - tłumaczy dr Stobińska.

W projekcie uczestniczy kilka firm. Wśród nich m.in. lotniczy gigant Airbus czy Raith,  producent urządzeń do elektronolitografii. Partnerzy gospodarczy w przyszłości mają pomóc w ewentualnej komercjalizacji i zastosowaniu platform. Badaczka liczy, że  kiedyś wyniki prac jej zespołu będą mogły być wykorzystane m.in. w obrazowaniu medycznym, a nawet w systemach szyfrowania w bankowości elektronicznej, do przygotowania numerów kart kredytowych czy symulacji zjawisk występujących w naturze. Ale to pieśń przyszłości.  Na razie firmy zajmują się opracowaniem specjalistycznej aparatury, jak choćby czegoś w stylu atomowego noża do grafenu, który pozwoli wyciąć z płaszczyzny grafenu płatki nanometrycznej wielkości.

Po roku prac zespołowi dr Stobińskiej udało się osiągnąć pierwszy sukces. Fizycy opracowali technologię szybszego przetwarzania informacji. Okazało się, że prędkość przetwarzania danych nie zależy od ich wielkości. To ważne w dzisiejszym świecie, w którym mamy dużą ilość danych, big data, sztuczną inteligencję czy automatyczne samochody i roboty. Naukowcy są obecnie na etapie patentowania swojego wynalazku. — Wiemy, że naszego patentu nie kupi uniwersytecki spin-off ani mała firma, bo nie będą mieli środków na rozwinięcie technologii. Myślimy o  firmach-wizjonerach, takich jak Airbus, Google, IBM. To przedsiębiorstwa, które interesują się technologią kwantową, bo wiedzą, że to może przynieść zysk. Ale nie jutro, tylko za jakieś 5-10 lat — mówi Magdalena Stobińska.

Wbrew pozorom firm - wizjonerów trochę jest i łatwo zachęcić je do współpracy. Trzeba tylko zainteresować je tematem, pokazać możliwości, które kryje w sobie nauka. - Firmy mają swoje procedury i oczekują konkretnych rozwiązań. Nie wystarczy zadzwonić do nich tydzień przed startem projektu. Trzeba wcześniej dać się poznać, porozmawiać, może nawzajem odwiedzić i jasno określić, co daje każda ze stron i czego oczekuje w zamian — tłumaczy dr hab. Stobińska.

Inne spojrzenie na naukę

Komercjalizacja odkryć naukowych ma różne formy. Zależy od tematu, wynalazku, a przede wszystkim od osobowości naukowca. Jedni sprawdzają się jako przedsiębiorcy.  Inni na samą myśl o zakładaniu firmy dostają dreszczy, ale chętnie podzielą się swoją wiedzą z fachowcami od biznesu.  Za to wszyscy podkreślają, że nauki dla biznesu nie zamierzają porzucić. Wręcz przeciwnie, dzięki współpracy z gospodarką rozwijają się jako badacze.  Jednocześnie zmieniają swoje podejście do nauki.

W HiProMine badania są traktowane bardzo utylitarnie. - Wydajemy dużo na B+R, bo bez badań nie bylibyśmy w stanie opracować naszej technologii. Ale prowadzimy tylko te, które potem możemy wykorzystać do produkcji przemysłowej - mówi Józefiak.  Zespół naukowców prowadzi prace badawcze, publikuje, bywa na konferencjach naukowych. Tak, jest to upowszechnianie wiedzy, ale przede wszystkim - ważne narzędzie marketingowe.  Specjaliści od żywienia zwierząt patrzą na wyniki prac. Jeśli HiProMine mówi, że karmienie owadami poprawia immunologię zwierząt, branża natychmiast pyta "pokażcie dowody".   

Choć diagnostyka w Warsaw Genomics jest najważniejsza,  to większość zespołu trzy czwarte czasu pracy poświęca na badania naukowe, a tylko jedną czwartą na diagnostykę. - Bez prac naukowych i rozwijania naszych metod i algorytmów nie byłoby diagnostyki - mówi dr Wójcicka. Przy czym ta druga często jest inspiracją dla tej pierwszej. Niedawno naukowcy otrzymali kolejny grant z FNP na badanie podłoża atypowego zespołu hemolityczno- mocznicowego (aHUS), ultra rzadkiej choroby, która prowadzi do ciężkiej niewydolności nerek. Już wcześniej Warsaw Genomics prowadziło  diagnostykę genetyczną pacjentów z aHUS, m.in. pod kątem tego, czy można u nich przeprowadzić przeszczepienie nerki. - Im  więcej pacjentów przebadaliśmy, tym bardziej było dla mnie jasne, że nic nie wiem o tej chorobie. Opieramy się na jakiś danych literaturowych, ale to za mało. Obecna diagnostyka jest niewystarczająca, ale bez badań naukowych nie jesteśmy w stanie jej pogłębić. Stąd też potrzeba przeprowadzenia szerszej analizy, co umożliwi nam objęcie pacjentów odpowiednią opieką. - mówi dr Wójcicka.

- Dzięki doświadczeniu z komercjalizacją jesteśmy lepszymi naukowcami - dodaje prof. Jemielity.  Jak przyznaje,  podjęcie takiej działalności wpłynęło też na kierunek rozwoju laboratorium. Dziś, jeśli w badaniach widzimy potencjał rynkowy, od razu myślimy też o danym projekcie bardziej praktycznie. - Naukowcy mają często tendencję, żeby mówić, że pracują np. nad lekarstwem na raka. Ja, po moich doświadczeniach już wiem, że często oznacza to, że to co robią, jest ciekawe naukowo, ale nigdy nie będzie z tego leku.  Bo np. układ jest zbyt złożony, albo niemożliwe jest uzyskanie odpowiednio dużych ilości związku w czystej formie - tłumaczy.

Nawet dr Stobińska, choć zajmuje się tematami najbardziej bliskimi nauce podstawowej, przyznaje, że współpraca z biznesem ułatwia jej prowadzenie badań. — Technologie, którymi zajmujemy się, są bardzo drogie. Głównie dlatego, że wymagają opracowania nowego typu aparatury. Proszę pomyśleć, jak kosztowne było wyprodukowanie pierwszych komputerów w latach 40. XX wieku. Z technologiami kwantowymi jesteśmy teraz w podobnym miejscu — opowiada.

Samotność i satysfakcja

Historie HiProMine, Warsaw Genomics, zespołów Stobińskiej i Jemielitego wyglądają z zewnątrz jak success stories komercjalizacji. Od środka obraz jest już mniej cukierkowy. Jest w nim walka z przepisami, biurokracją, uczelnianymi układami i złośliwością materii. Nagle okazuje się, że to co pasuje rektorowi, niekoniecznie jest zgodne z wizją dziekana, a to on ostatecznie trzyma kasę i klucz do sal z aparaturą. Nieważne, że w danej dziedzinie trwa wyścig zbrojeń i trzeba jak najszybciej patentować wynalazek i kupować unikalny sprzęt. Przetarg jest przetargiem. Trzeba swoje odczekać aż uczelnia wybierze rzecznika patentowego i potwierdzi, że tylko jedna firma produkuje niezbędną aparaturę.

Profesor Jemielity o swoich doświadczeniach z patentowaniem sprzed lat mówi w jeden sposób: "droga przez mękę". HiProMine, choć założona przez naukowców, nie ma nic wspólnego z uczelnią. W Warsaw Genomics udziały ma Uniwersytet Warszawski.  Spółka była jednym z pierwszych spin offów i musiała przecierać wszystkie szlaki. - Nie ma się co oszukiwać, nie mieliśmy ze strony uczelni żadnego wsparcia w zakresie powoływania i rozpoczynania działalności przez Spółkę. Był duży entuzjazm, było zielone światło, ale wszystko od początku do końca musieliśmy wykonać sami. Łącznie z tym, że uczelnia nie miała wzorów umów i sami je pisaliśmy - opowiada dr Wójcicka. Pomogła im masa życzliwych osób. Znajomi ze świata biznesu ostrzegali, jak nie wejść na miny. Siostra-prawnik pomogła napisać kontrakty i zarejestrować spółkę. Do tej pory firma radzi sobie bez wsparcia biznesowego. - Jakoś to funkcjonuje, ponieważ nasze badania po prostu są potrzebne. Równocześnie jednak, przy pełnym profesjonalizmie w każdym aspekcie bezpośrednio związanym z diagnostyką, pewne elementy naszych działań są robione właściwie chałupniczo; dotyczy to np. marketingu.  Nie mamy działu sprzedaży, sami prowadzimy stronę na Facebooku - wylicza dr Wójcicka. Efekt jest taki, że wielu lekarzy i potencjalnych pacjentów wciąż nie wie o istnieniu firmy. Przez to sporo testów jest niewykorzystanych - nikt ich nie robi, bo nawet nie wie, że jest taka możliwość.  

- W Polsce światy nauki i biznesu są wciąż rozdzielone od siebie. Stąd bierze się nieprzygotowanie dużej części badaczy do spotkania z rynkiem. Brak jest czegoś, co Anglosasi nazywają business readiness - komentuje Tomasz Perkowski, wiceprezes FNP. - Ale nie chcę narzekać. Patrząc z perspektywy ostatnich 10-15 lat widzę, jak gigantyczny dokonał się w tej materii postęp. W ostatnich latach mocno rozwinął się ekosystem start-upowy, zwiększył rynek funduszy Venture Capital i rozrosła pula dotacji na innowacyjne przedsięwzięcia. Obecnie łatwiej jest znaleźć finansowanie dla swoich projektów biznesowych wychodzących z uczelni. Zmieniło się też postrzeganie naukowca współpracującego z biznesem. Jeszcze parę lat temu taka współpraca, choć oficjalnie była pożądana, nie dawała uznania w środowisku naukowym. Dziś badacze, którzy odnieśli sukces biznesowy, zaczynają być doceniani, także przez swoje środowisko - mówi.

- To, czego wciąż brakuje, to doświadczeni mentorzy z praktyką, i w nauce, i w biznesie.  Naukowcy, szczególnie młodzi,  bardzo potrzebują takiego wsparcia.  Z jednej strony od bardziej doświadczonego badacza,  który jest dobrze umocowany w strukturach  instytucji  i wspierałby ich w kwestiach związanych z nauką i kontaktach z administracją uczelni. Z drugiej strony - mentora biznesowego, który  podpowiedziałby  im, na czym mają się koncentrować - wyjaśnia Perkowski. -  W Fundacji staramy się pomóc w przecieraniu tych ścieżek. To może być zdobycie dodatkowych środków, np. na przeprowadzenie etapu badań proof of concept, ale także np. na  znalezienie mentora albo funduszu Venture Capital, który doradzi w kwestiach naukowych czy biznesowych  - mówi wiceprezes FNP.

Po co zajmować się komercjalizacją, walczyć z oporem uczelnianej materii zamiast wieść spokojne życie naukowca? Po pierwsze, z powodu pieniędzy - również  na prowadzenie badań.  Po drugie - samorealizacja - wylicza piątka  badaczy.  A przede wszystkim satysfakcja z praktycznego wykorzystania wyników własnej pracy.   - Kiedy w 2006 roku kończyliśmy badania nad mRNA,  moja dwuletnia córka zachorowała na białaczkę - opowiada prof. Jemielity. - Kończyłem na uczelni finalizować sprawy związane z ochroną wynalazku, a potem biegłem do niej do szpitala. Spędziłem z córką miesiące w szpitalu. Wtedy uświadomiłem sobie, że jeśli chcę pomóc ludziom w podobnej sytuacji, tworząc potencjalne terapeutyki, patent jest konieczny. Naukowcy nie lubią takich rzeczy. Ale to jest konieczne, żeby potem była szansa na pomoc dla konkretnych ludzi, którzy jej potrzebują. 

*Katarzyna Zachariasz-Podolak - redaktor naczelna portalu InnovateCEE

Dr hab. Damian Józefiak, dr hab. Anna Wójcicka, prof. Krystian Jażdżewski, prof. Jacek Jemielity oraz dr hab. Magdalena Stobińska są laureatami programów FNP - TEAM, TEAM-TECH oraz FIRST TEAM - realizowanych w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój